<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Panna Maliczewska odwrotnie">
<author_1="Stefania Grodzieńska">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="11">
<date="1954-11-07">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
— Byłam wczoraj w teatrze. Na sztuce „Panna Maliczewska". Zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Bo ja właśnie jestem taka panna Maliczewska, tylko odwrotnie. Ona była na scenie, a marzyła o domu i mężu. A ja mam dom i męża, a marzę o scenie. Czuję poniekąd powołanie, czy coś takiego. Tu. W tym miejscu. Gdzie mężczyźni mają trzeci od góry guzik u koszuli. Tu właśnie czuję, że jestem artystką. Jak Janko Muzykant. To jest taki balet w wykonaniu Zespołu Wojska Polskiego. Ale mniejsza z tym. Mój mąż nigdy nie miał pochodzenia socjalnego, tylko sklep z krawatami. Z drugiej strony szwagier jest partyjny, więc myślałam, że to wystarczy. Okazuje się, że nie. Do kawiarni już rzadko która rano przychodzi, wszystkie są sekretarkami. Ja też chciałam, u męża. Bo mąż się spozytywizował i jest na stanowisku z dwoma telefonami na biurku. Ale mąż zatrudnił awans, powiada że w biurze ma dosyć przyjemności beze mnie. Więc gdzie mam pracować? W Cepelii czy w Desie może bym i przeszła, ale tam trzeba zdaje się coś robić, więc poczułam, że jestem artystką Tu. W tym miejscu, co to przedtem mówiłam. Wnętrze przemówiło, coś w tym rodzaju. Wyjdę w sukni bez pleców, rzęsy przylepione — zapłacą mi i jednocześnie będę pracująca. Najchętniej grałabym Barszczewską w „Horsztyńskim", Kreczmar mnie kocha, a ja nic, tylko „gdzie mój mąż, mój mąż" — się pytam i dostaję nagrodę państwową. Chociaż na nagrodę to za mało pozytywna rola, ja bym dopisała, że się staję murarką. Zupełnie przyjęte. Ale od tego mi nie dadzą zacząć, mąż Barszczewskiej pewnie pochodzi ze środowiska. Mój z Piotrkowa.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
